Czy ktoś, kto był ulubieńcem faszystów, mógł zostać
Sprawiedliwym wśród Narodów Świata? Czy jeżdżąc rowerem, da się uratować kraj
przed wojną domową? Czy można ocalić życie setek osób i nikomu o tym nie
powiedzieć? Trzy raz tak. Wystarczy być jak Gino Bartali.
Diament prosto z
farmy
Gino Bartali miał tak niewiarygodne życie, że mógłby swoim
życiorysem obdzielić kilku ludzi i żaden z nich nie mógłby narzekać na nudę.
Ten syn drobnego farmera z Florencji do dziś uważany jest przez Włochów za
jednego z najlepszych kolarzy w historii. Jednak jego wpływ na losy wielu
ludzi, a nawet całego kraju wychodzi daleko poza samą jazdę na rowerze.
Przyszedł na świat w 1914 roku w niezwykle pobożnej
rodzinie. Religia była dla niego niezwykle istotna, co uwidoczniało się przez
całą karierę. A tę zaczął, gdy miał 13 lat. Jazda na rowerze sprawiała mu
wielką radość i od początku widać było, że ma do tego smykałkę. Bardzo szybko
przeszedł na zawodowstwo i już w 1935 roku, mając 20 lat, wygrał swój pierwszy
etap na Giro d’Italia, zgarniając przy okazji także koszulkę dla najlepszego
górala. To zresztą udało mu się w karierze siedmiokrotnie. Rok po swoim
pierwszym etapowym triumfie Bartali wygrał całe Giro. Niestety w wypadku
samochodowym zginął jego brat Giulio i kariera kolarska zeszła na dalszy plan.
Gino był blisko zerwania z rowerem, ale bliscy namówili go, by nie rezygnował.
W 1937 roku wrócił na szosę i po raz drugi zwyciężył w Giro
potwierdzając, że na swoim podwórku nie ma sobie równych. Jednak poza krajem,
zresztą podobnie jak inni włoscy kolarze, nie był traktowany do końca poważnie.
Wszystko miało się zmienić, kiedy rok później wybrał się na Tour de France.
Zwycięstwo w Wielkiej Pętli błyskawicznie zmieniało status z króla podwórka na
prawdziwą gwiazdą dwóch kółek. Na barkach Gino ciążyła jednak dodatkowa presja.
Przysługa dla
Mussoliniego
Rządzący Włochami Benito Mussolini potrzebował sukcesów na
każdym polu. Ktoś z otoczenia Duce wpadł na pomysł, że zwycięstwo kolarza z
Italii w Tour de France będzie dowodem, że Włosi także należą do rasy panów.
Bartali wydawał się idealnym kandydatem do wygranej i stronnicy Mussoliniego
naciskali na niego, by zrobił wszystko, ażeby pojechać na chwałę
faszystowskiego reżimu. Gino był w wielkiej formie i chociaż dodatkowa
„motywacja” bardziej przeszkadzała niż pomagała, wygrał Wielką Pętlę, na stałe
zapisując się w historii wyścigu. Został też reżimowym bohaterem. Na krótko, bo
kiedy został poproszony o zadedykowanie zwycięstwa Duce, odmówił. Był to
ryzykowny ruch, ale o dziwo obyło się bez konsekwencji. Wielbiony przez fanów
Bartali mógł sobie pozwolić na nieco więcej, szczególnie że mógł się jeszcze
przydać.
Początek II Wojny Światowej był dla wielu sportowców końcem,
albo w najlepszym przypadku długim przystankiem, w zawodowej karierze. Podobnie
było z Bartalim, który jednak cały czas trenował, a w 1940 roku wziął ślub. Co
ciekawe jego i żonę Adrianę pobłogosławił sam papież Pius XII, któremu kolarz
podarował swój rower. Był to jeden z trzech papieży udzielających
błogosławieństwa Gino. Co więcej, Jan XXIII poprosił nawet, by ten nauczył go
jeździć na rowerze, z czego kolarz był niezwykle dumny. Ze wszystkich
duchownych największy wpływ na życie Włocha, miał jednak kardynał Florencji Elia
Dalla Costa.
Sprawiedliwy wśród
Narodów Świata
We Włoszech po wybuchu wojny sytuacja Żydów znacznie się
pogorszyła, ale w porównaniu z tym co działo się na terenie hitlerowskich
Niemiec, cały czas mogli czuć się tam w miarę bezpiecznie. Wszystko zmieniło
się jednak w 1943 roku, kiedy na północy Italii pojawiły się niemieckie wojska.
Właśnie wtedy Bartali, za namową Dalla Costy, zaczął być może najważniejszy
wyścig w swojej karierze. Wyścig o ludzkie życie.
Słusznie uznano, że najbardziej może przydać się jako kurier
i każdego dnia, pod pozorem treningu, pokonywał setki kilometrów, przewożąc w
ramie swojego roweru zdjęcia i fałszywe dokumenty, pozwalające uratować setki
istnień. Zawoził je do żydowskiego księgowego Giorgio Nissima, współpracującego
z organizacją DELASEM. Kilkukrotnie był kontrolowany przez faszystowską
policję, zawsze jednak tłumaczył, że jego rower jest specjalnie przystosowany
do wyczynowej jazdy i nie wolno go rozbierać. Magia jego nazwiska wciąż
działała i ani razu nie wpadł.
Narażał się na spore ryzyko, był przesłuchiwany przez policję
we Florencji, ale nie zaprzestał swojej działalności. Poszedł nawet krok dalej.
Mimo groźby kary śmierci, bo taką stosowano wobec Włochów przechowujących
Żydów, ukrywał w piwnicy swojego domu Giacomo Goldenberg i jego rodzinę.
Całą tę działalność Bartali prowadził w tajemnicy przez
wszystkimi, nawet przed własnymi bliskimi. Jego syn Andrea wspominał, że ojciec
bardzo niewiele mówił o swojej działalności, nie uważał się za bohatera.
„Powinno się czynić dobro, a nie opowiadać o nim” – powtarzał swojemu synowi.
Być może o działaniach włoskiego mistrza nigdy byśmy się nie
dowiedzieli, gdyby nie dokładność zapisków Nissima. Jako księgowy notował
wszystko i gdy umarł w 2000 roku, znaleziono setki stron jego notatek,
ujawniających wielkie poświęcenie Bartalego. Szacuje się, że kolarz pomógł w
uratowaniu około 800 osób, pokonując z fałszywymi dokumentami kilkanaście
tysięcy kilometrów. Za to w 2013 roku, trzynaście lat po jego śmierci, Instytut
Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Jad Waszem uhonorował go tytułem
Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
Bartali ratuje kraj
przed wojną
Bartali ratował zresztą nie tylko Żydów. W 1948 roku, kiedy
po dziesięciu latach wrócił na Tour de France, sytuacja w kraju nie była
najlepsza. Udało się pozbyć faszystów, ale wciąż ścierały się frakcje
komunistów i demokratów. Napięcie rosło i 14 lipca sięgnęło zenitu. Tego dnia
student o faszystowskich poglądach Antonio Pallante postrzelił lidera
komunistów Palmiro Togliattiego. Włochy stanęły na krawędzi wojny domowej.
„Ginettaccio” był wtedy z dala od całego zamieszania.
Wieczorem po etapie Wielkiej Pętli do hotelu, w którym mieszkał kolarz,
zadzwonił telefon. Bartali nie był w nastroju do rozmów, ale jeden z jego
przyjaciół powiedział mu, że dzwoni premier Włoch Alcide De Gasperi, którego
Gino znał ze wspólnej działalności w jednej z katolickich organizacji. Ich
rozmowa zdecydowanie nie była typowym dialogiem polityka ze sportowcem. De
Gasperi zdecydował się na telefon, bo uznał, że to może być ostatnia deska
ratunku.
Premier Włoch prosił kolarza, by ten dał swoim krajanom
trochę radości w tym trudnym momencie i wygrał etap Tour de France. Polityk
liczył, że odciągnie ludzi na moment od konfliktu, a tym samym zyska kilka
cennych dni na załagodzenie sytuacji. Bartali obiecał, że zrobi co będzie mógł.
Władze zmieniły się diametralnie, ale Gino cały czas był niezbędny.
Wygrał trzy etapy z rzędu, wyszedł na prowadzenie w
klasyfikacji generalnej wyścigu i ostatecznie po 10 latach ponownie stanął na
najwyższym stopniu podium w Wielkiej Pętli. Włosi znów na moment zjednoczyli
się, wspólnie trzymając kciuki za wspaniałego kolarza i napięcie na moment
ustało. Togliatti wybudził się ze śpiączki i kryzys został zażegnany.
Komentatorzy polityczni zgodnie uznają, że co prawda, gdyby lider komunistów
zmarł, wysiłki Bartalego na nic by się zdały, ale jego zasługi są nie do
podważenia. Wielu mówi wręcz o cudzie, bo nagły błysk kolarza przydarzył się w
najbardziej potrzebnym momencie.
Rywalizacja, która
podzieliła Włochy
Bartali nie tylko
ratował, ale i dzielił swój kraj. Jego rywalizacja z Fausto Coppim podzieliła
Włochy niemal tak, jak ówcześnie robią to starcia Juventusu Turyn z SSC Napoli.
Analogia nie jest zresztą przypadkowa. Gino, praktykujący katolik z rolniczej
rodziny, był uwielbiany na południu. Coppi z kolei bardziej pasował do północy.
Religia nie miała dla niego wielkiego znaczenia, reprezentował nowoczesność,
rozwój i porządek. Ich drogi przecięły się już w 1940 roku, ale dopiero po
wojnie nastąpił szczytowy moment tego konfliktu.
W 1946 roku Bartali pokonał Coppiego podczas Giro d’Italia, ale
już rok później triumfował ten drugi. Ich rywalizacja zaczęła nabierać
niezdrowych przejawów, co objawiło się głównie na mistrzostwach świata w 1948
roku. Obaj byli w świetnej formie i żaden nie chciał ustąpić. Ani Coppi ani
Bartali nie wyobrażali sobie, by któryś z nich miał pomagać wielkiemu rywalowi
i zrezygnowali z wyścigu. Włoska federacja miała dość, zarzuciła im brak
honoru, szacunku dla sportu i egoizm, zawieszając ich na dwa miesiące.
Wydaje się, że pomogło, bo rok później Bartali wsparł rywala
w walce na Tour de France, w zamian „dostając pozwolenie” na wygranie etapu w
dniu swoich 35. urodzin. Obaj zresztą na tym wyścigu wspierali się, gdy któryś
z nich miał defekt, choć Coppi sięgnął po koszulkę lidera akurat w momencie,
gdy to pecha miał Bartali. W 1950 roku ich rywalizacja stała się niebezpieczna,
bo kiedy Coppi zrezygnował ze startu w Wielkiej Pętli, gdzie liderem miał być
jego wielki rywal, otrzymał pogróżki od jednego z oszalałych fanów. W geście
solidarności ze swoim kolegą cała włoska drużyna nie stanęła na starcie.
Dwa lata później, jak się wydaje, nastąpiło między nimi
pojednanie, kiedy to na podjeździe pod Col d'Izoard podczas Wielkiej Pętli
podzielili się butelką wody. Trudno jednak rozstrzygnąć, który z nich wyciągnął
bidon na zgodę. Bartali powiedział, że to on, ale Copii zaprzeczył, by miał
cokolwiek dostać od Gino.
Obaj dali Włochom całą masę sukcesów i emocji. Z jednej
strony podzielili kraj, z drugiej sprawili, że ludzie żyli kolarstwem i mogli
choć na krótki czas zapomnieć o dramacie wojny. Byli jak ogień i woda, żaden z
nich nie potrafił odpuszczać, zawsze chcieli wygrywać. Dziś, w dobie mediów
społecznościowch, ich rywalizacja byłaby zapewne rozdmuchana do granic i pełna
tzw. trash talkingu, ale wtedy na szczęście skupiała się głównie, choć nie
wyłącznie, na kolarskich trasach.
Przez całe swoje życie Bartali powtarzał, że nie jest żadnym
bohaterem, po prostu kolarzem. Faktycznie, sportowcem był wybitnym, gdyby nie
wojna, z pewnością miałby na koncie więcej niż trzy wygrane Giro i dwa TdF.
Jednak zaklasyfikowanie go tylko jako sportowca byłoby nieporozumieniem.
Dokonał rzeczy wielkich, mając do dyspozycji tylko rower, wielkie serce i
niezłomny charakter. Tylko tyle, a może aż tyle?
Komentarze
Prześlij komentarz